Rozpoczęło się dla mnie nowe życie. Dlaczego nowe? Zmieniło mi się spojrzenie na wiele rzeczy. Nastąpiło przewartościowanie wielu relacji: niektóre, do niedawna cenne, zaczęły mi się teraz wydawać mało znaczące. Inne, które wcześniej mnie wręcz drażniły, stały się cważne.
Tak było z Markiem. Jego uśmiechnięta facjata, widziana od czasu do czasu na korytarzu bursy, odrzucała mnie - do momentu pamiętnej rozmowy. On miał radość, której mi brakowało. W naszym muzycznym światku uśmiechali się zresztą tylko niektórzy. Najczęściej zdolni lecz z wyraźnie obniżonym IQ. Reszta jakby zdecydowanie mniej, chyba, że zbliżała się impreza. Euforię alkoholową poprzedzała euforia na myśl o euforii.
Po moim spotkaniu z Bogiem odbiłem w inna stronę. Zacząłem się modlić. Było mi łatwiej, bo coś zmieniło się głęboko w moim sercu. Nie wiedziałem, że otrzymałem nowego Lokatora. Nie znałem jeszcze Duch Św. Nic, a nic! Pomimo tego On rozpoczął we mnie długi i powolny proces wzrostu duchowego. Pojawiła się we mnie wiara i dzięki niej chwyciłem się Boga i trzymałem się Jego mimo wszystko. Wielu Polaków potrzebowało wtedy wiary, ale niewielu ja miało.
Pewnego niedzielnego ranka szedłem z innymi muzykami przez plac przed Stocznią Gdańską. Spieszyliśmy się na próbę big-bandu. Tam spotkaliśmy naszego dyrygenta, który roztrzęsiony powiedział nam, że dzisiaj próby nie będzie – ogłoszono stan wojenny. Nasza bursa mieściła się blisko Stoczni i z tej racji niebezpiecznie było tam mieszkać. Kiedyś przyjechała do mnie w odwiedziny Maryla. Oglądaliśmy razem wiadomości. Spiker mówił o tym, że w Gdańsku panuje spokój, a kilka ulic dalej słychać było strzelający czołg. Musiała zostać u nas, bo nikt nie odważyłby się wyjść do rana na ulicę zasnutą dymem i gazem z granatów łzawiących. Zomowcy walczyli z robotnikami.
W tamtym okresie brakowało wszystkiego, a Bóg pokazywał jak bardzo potrafi się o nas troszczyć. Otrzymywaliśmy z różnych stron prezenty: mydło i środki czystości (pięknie pachnące i nie szare), czekolady z Niemiec itp. Byłem wtedy ministrantem w kościele na przeciwko naszej bursy. Któregoś dnia chciałem do niej wrócić, ale na wąskiej uliczce właśnie rozpętała się kolejna bitwa. Wszedłem na wieżę kościoła i zobaczyłem z niej wojenny krajobraz. Tłum ludzi uciekał przed wielkimi oddziałami ZOMO, które tłukły kogo popadnie, a gaz łzawiący dochodził do nawet mnie. Modliłem się, aby móc przedostać się przez ulicę do bursy. Bóg pozwolił mi przebiec przez pobojowisko bezpiecznie. Żaden patrol mnie nie zatrzymał!
Z trudną rzeczywistością zmagałem się jako odnowiony człowiek, ale nie wszystko zostało odnowione. Właściwie większa część mnie była jeszcze „oldschoolowa”, czyli religijna, niezależna od Boga. Tak było z muzyką. Stara szkoła nauczyła mnie polegać na tym, co potrafię zrobić. Co potrafiłem? Grałem w kilku składach gdańskich i było coraz ciekawiej. Całą swoją przyszłość wiązałem z trąbką. Kryzys związany z moim słuchem powoli się kończył (byłem Bogu bardzo wdzięczny) mogłem więc zagrać dyplom, zakończyć Liceum Muzyczne i zdawać na studia.
Pojechałem na egzamin do Katowic. Przed egzaminem poszedłem do małego kościółka i modliłem się. -Boże, jeżeli to nie jest Twoją wolą, to nie chcę się dostać na tę uczelnię. Naprawdę chciałem być poddany Bogu. Wszedłem na przesłuchanie i nie mogłem wydobyć dźwięku z instrumentu! Gdy jeden z wykładowców pokazując na moje nuty zapytał mnie, czy ja to kiedykolwiek zagrałem, sparaliżowało mnie. Na razie pragnienie wypełniania Bożej woli uleciało, a real mnie przywalił. Załamany pojechałem do wujka do Łodzi. On zaproponował mi, że zrobi ze mnie inżyniera włókiennictwa (sic!) Tak, dla muzyka była to intratna propozycja, będę cienko prządł! Załatwił mi wejście na egzaminy, ale na szczęście nic z tego nie wyszło. Wtedy wujek oświadczył, że muszę iść do wojska. Ta propozycja przebiła poprzednią, ale nie miałem wyjścia.
Pojechałem do najlepszej orkiestry w WP do Warszawy i wprowadzono mnie do salki, w której miałem się rozegrać. Grałem kilka minut i niespodziewanie wszedł dyrygent i powiedział, że nie muszę już grać egzaminu, bo właśnie zostałem przyjęty. Byłem w złotej formie. Dlaczego teraz? Bóg zrobił mi kawał?
piątek, 4 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz