czwartek, 28 marca 2013
Adam były „Dziki”
Adam: Kiedyś nazywali mnie „Dziki”
Zawsze sądziłem, że to ja jestem swoim panem i sam rządzę moim życiem. Uważałem, że trzeba
z niego korzystać do woli, bez żadnych ograniczeń. Żyjemy tu i teraz, a potem... tego nikt nie wie,
więc czym się przejmować? Nigdy nie dbałem też o sprawy wiary czy jakiejkolwiek moralności.
Jedynym moim celem było zaspokajanie własnych potrzeb i zachcianek, nie licząc się z nikim i z
niczym. To sprawiło, że znalazłem się nad przepaścią i nie widziałem już dla siebie ratunku…
Od najmłodszych lat byłem zbuntowanym dzieckiem. Gdy miałem półtora
roku, mój ojciec, będąc w wojsku, powiesił się. Zostawił mamę samą, bez
środków do życia. Ona obdarzyła mnie wielką miłością, ale nigdy nie miała
czasu. By móc mnie utrzymać, podjęła bardzo ciężką pracę – w hucie.
Pracowała po 12-16 godzin dziennie, nawet w niedziele, aby zapewnić mi
wszystko, a tym samym wynagrodzić brak ojca. Nie zdawała sobie jednak
sprawy z tego, że ciągła jej nieobecność wywoływała we mnie bunt.
Wychowywały mnie ciotki, babcia i sąsiadki, rozpieszczając jak tylko się dało.
Brak silnej męskiej ręki i dyscypliny spowodował, że zacząłem szukać
mocnych przygód i akceptacji u starszych chłopaków. Już w przedszkolu za
pobicie kolegów nazywali mnie „Dziki”. W szkole byłem nadpobudliwy i skory
do bójek. Przed wywiadówkami kradłem dzienniki, a koledzy z klasy mi za to płacili. Chciałem być
zauważony i doceniony. Nie byłem kontrolowany przez dorosłych i szybko znalazłem sobie
kolegów, których wychowywała ulica.
W wieku 13 lat po raz pierwszy upiłem się do utraty pamięci i świadomości. Później szło już
gładko: zacząłem palić i coraz częściej popijać. Z racji tego, że nie mogłem jeszcze zarabiać
pieniędzy, zacząłem okradać innych, będąc przy tym bardzo agresywny. Chciałem zaimponować
również starszym kolegom. Podobał mi się ten tryb życia.
Coraz większe potrzeby powodowały częstsze rozboje, kradzieże i włamania. Doszło do tego, że
wielokrotnie z kolegami biliśmy niewinnych ludzi, tak po prostu, z braku innego zajęcia. Ciągłe
zabawy i kłamstwa doprowadziły do zatwardziałości serca i pozbawiły mnie wszelkich uczuć oraz
miłości. Powoli stawałem się „zwierzęciem w ludzkiej skórze”. Nawet koledzy zaczęli się mnie bać,
gdyż zachowałem się nieobliczalnie. Byłem dobrze znany wśród „niegrzecznych chłopaków” w
moim mieście.
W wieku 18 lat dostałem pierwszy wyrok za rozbój na terenie Czechosłowacji. Jednak ze względu
na młody wiek i stan upojenia alkoholowego, wyrok został zawieszony. To przekonało mnie jeszcze
bardziej o mojej nietykalności i podwoiło agresję. Przebywałem wyłącznie w złym towarzystwie, w
którym nie mogłem nauczyć się niczego, co pozwoliłoby mi normalnie żyć. Utrzymywaliśmy się z
rozbojów i kradzieży. Wychodząc na ulicę, biliśmy ludzi i okradaliśmy ich. Był to jeden z
najszybszych, a zarazem najbrutalniejszych sposobów kradzieży. Praktycznie wszędzie, gdzie się
pojawiałem, kończyło się na spotkaniu z policją, przed którą nieraz musiałem uciekać. Oprócz tego
jeździłem ciągle na dyskoteki i dancingi, myśląc, że w ten sposób zabiję wewnętrzną pustkę.
Mając 23 lata ożeniłem się z naprawdę dobrą dziewczyną. Myślałem, że teraz wszystko będzie
inaczej, że ona zmieni moje życie. Ale zamiast tego, ja zamieniłem jej życie w piekło... Sprawiłem
jej więcej bólu niż można to sobie wyobrazić. Po roku urodziła nam się córka – Kamila. Mimo iż
kochałem żonę i córkę, nie umiałem postępować inaczej. Właśnie z tego powodu stawałem się
jeszcze gorszy, nienawidziłem sam siebie i wszystkich dookoła. Byłem kimś zupełnie innym niż
chciałem być.
Pracując jako dekarz, pewnego dnia miałem poważny wypadek – spadłem z dachu z wysokości
ośmiu metrów. Leżąc w kałuży krwi wiedziałem, że umieram i wtedy po raz pierwszy w życiu „coś”
poruszyło moje kamienne serce. Nigdy nie wierzyłem w Boga ani Go nie potrzebowałem, więc nie
wiedziałem, co się ze mną dzieje. Czułem, że głęboko żałuję swojego życia. Moje serce wypełniło
nieznane mi ciepło oraz niesamowita chęć bycia innym. Powiedziałem: Boże! Jeśli jesteś, zmień
mnie! Daruj mi życie, a będę Ci służył. Chcę być dobry! Jakimś cudem doczołgałem się do biura
mistrza budowy, skąd zawieziono mnie do szpitala. Lekarz stwierdził, że był to ewidentny cud, że
przy tak dużej sile upadku, tylko się połamałem i nie doznałem żadnych wewnętrznych obrażeń.
Kiedy wróciłem ze szpitala, zastałem puste mieszkanie. Moja agresja, ciągłe kłótnie i pijaństwo
doprowadziły do tego, że żona z Kamilą odeszły. Wiedziałem, że na to zasłużyłem, ale nie
chciałem się z tym pogodzić. Przez rok chodziłem do nich i starałem się im pokazać, że jestem
inny. Żona i córka zaufały mi i wróciły. Jednak po niedługim czasie byłem taki sam albo jeszcze
gorszy niż poprzednio. Po następnych trzech latach piekła żona wzięła Kamilę i zostawiła mnie z
dnia na dzień. Ogarnął mnie wtedy szał. Przez kolejne tygodnie na zmianę piłem i pokutowałem.
Przypomniała mi się moja obietnica, którą złożyłem Bogu – że będę Mu służył... Nie chodziłem do
żadnego kościoła, czasami mówiłem tylko: Aniele Boży, stróżu mój... bo tak właśnie wyobrażałem
sobie Boga. Mój stan w tym czasie był kiepski – szukałem Boga, ale nie tam, gdzie trzeba.
Trafiłem do Misji Czaitanii, odłamu Hary Kriszna. Przez rok przebywałem z nimi i byłem bardzo
gorliwy – odmawiałem dziennie 16 randów mantry (co oznacza 16 razy 108 = 1728 modlitw) plus
dwie godziny nabożeństwa każdego dnia. To nie pozwalało mi się skupiać na niczym innym prócz
bałwana zwanego Kriszną, którego miałem za boga. Wstawałem o czwartej rano, aby zdążyć
zmówić wszystkie wymagane modlitwy i jednocześnie chodzić do pracy. Z posłuszeństwa do
Kriszny stałem się także weganem – nie spożywałem mięsa, ryb, jajek, czekolady, kawy ani
herbaty. Poza tym wierzyłem w reinkarnację, dlatego pilnie wypełniałem wszystkie nakazy
obowiązujące w tej sekcie. Chciałem odpokutować za całe zło mojego życia, by w następnym
wcieleniu być dobrym człowiekiem.
Będąc jeszcze w Misji, wróciła do mnie moja córka, ponieważ miałem
lepsze warunki mieszkaniowe od mojej żony. Nasze relacje zaczęły się
układać. Moje zaangażowanie w Misji spowodowało, że zdawałem się
innym, zmienionym człowiekiem – już nie piłem i nie byłem agresywny.
Kamila zauważyła to i chętnie ze mną chodziła na spotkania. Natomiast w
moim sercu nadal była pustka i pragnienie czegoś, czego tam nie
znalazłem.
Po roku opuściłem Misję i chciałem praktykować swoją wiarę: szedłem do
kościoła katolickiego, gdzie śpiewałem po cichutku mantry, modliłem się
na koralach, następnie spowiadałem się w duchu i szedłem po opłatek do
księdza przy komunii... Wszystko, co znałem, wymieszałem razem. W
sercu czułem nieopisaną tęsknotę za żywym Bogiem, ale moja „własna religia” nie mogła
zaspokoić tego pragnienia. Taki stan rzeczy doprowadził mnie do tego, że pogubiłem się
całkowicie i zacząłem ponownie pić i kraść na potęgę. Myślałem, że byłoby dla wszystkich lepiej,
gdybym został zamknięty lub nawet zabity. Dla mnie nie miało to już znaczenia. Modliłem się i
piłem, przeklinając wszystko i wszystkich wokoło.
W tym czasie zostałem przyłapany na kradzieży, ale dzięki sprytnemu tłumaczeniu znowu
dostałem tylko wyrok w zawieszeniu. Wtedy jeszcze bardziej zacząłem się modlić i szukać Boga,
będąc przekonany, że to On uchronił mnie od kary pozbawienia wolności.
Poznałem Mormonów i dołączyłem do nich, myśląc, że znajdę u nich Boga. Przez pół roku
uczęszczałem na regularne spotkania i studiowałem ich księgę. Zapisane w niej proroctwa i
objawienia wydawały mi się jednak bajkami. Wiedziałem też o Biblii i dziwiło mnie, że jej za bardzo
nie czytali, a posługiwali się księgą Mormona. Zapytałem ich wprost, skąd mam wiedzieć, gdzie
jest prawda. Polecili mi, żebym prosił Boga o odpowiedź. To była dobra rada… Bóg objawił mi, że
Mormoni to sekta, a mimo to użył ich do wskazania mi właściwej drogi. Nie potrafiłem już znieść
tego ciągłego szukania, dlatego błagałem Boga, żeby pozwolił mi się znaleźć i przemienił mnie. W
odpowiedzi przyprowadził do mnie mojego wierzącego szwagra, który opowiedział mi o Jezusie
Chrystusie i pokazał, że jest tylko jeden Bóg! Wytłumaczył mi, że pojednanie z Bogiem jest
możliwe jedynie przez wiarę w Niego i Jego Syna Jezusa, który umarł za mnie na krzyżu. Tego
wieczoru uklęknąłem i prosiłem Jezusa, by stał się moim Zbawicielem i Panem. Wyznałem Mu
swoje grzechy, Bóg mocno poruszył moje sumienie.
Po odejściu od Mormonów z zapałem zacząłem czytać Biblię. Przeczytałem ją całą i zrozumiałem,
że Jezus jest jedyną prawdą i życiem, bo tylko On umarł za moje grzechy i dał mi przebaczenie
oraz zbawienie. Wszystko, o czym czytałem w Piśmie Świętym wydawało mi się takie proste i
prawdziwe. Trafiłem np. na zdanie: Kto kradnie, niech kraść przestanie. Poszedłem więc do moich
kolegów w mieście i powiedziałem im, że dalej już z nimi nie będę kradł. Wyśmiewali mnie i byli
pewni, że mi przejdzie. Jednak przekonali się o tym, że zmiany we mnie były trwałe. Przestałem
pić i palić, stało się to jakby automatycznie. Zapragnąłem iść całym sercem za Jezusem. Krok po
kroku Bóg mnie w tym prowadził.
Moje życie było bardzo pogmatwane – po drodze zraniłem wiele osób, czego bardzo żałuję. Przez
własną głupotę straciłem dom, rodzinę i wszystko, co było dla mnie cenne. Po nawróceniu
starałem się pojednać z tymi ludźmi, których wcześniej skrzywdziłem. Pierwszymi osobami, które
przeprosiłem były moja żona i teściowa. Obie mi wybaczyły, lecz cierpienie, którego moja żona
przeze mnie doznała, jest dla niej nadal bolesne. Mamy kontakt telefoniczny i powoli zaczyna
nabierać do mnie na nowo zaufania, jednak jeszcze nie na tyle, aby wrócić. Modlę się o to, by Bóg
leczył jej serce i zadane przeze mnie rany.
Krótko przed moim nawróceniem odeszła ode mnie moja córka. Kamila przeżywała ze mną cały
chaotyczny okres poszukiwania Boga, zmian przekonań, powrotu do alkoholu – widziała moją
absolutną niestabilność i po dwóch i pół roku wróciła do mamy. Dla mnie było to strasznym
przeżyciem, gdyż czułem, że po raz kolejny ją zawiodłem.
Zacząłem szukać ludzi wierzących i uczęszczałem na wszystkie chrześcijańskie spotkania, jakie
odbywały się w okolicy. Znalazłem chrześcijański zbór i po czterech miesiącach przyjąłem chrzest
wodny przez zanurzenie – tak jak mówi Biblia. Pytałem
Boga, co mam teraz robić i w jaki sposób mogę Mu służyć.
W tym czasie przychodziło do naszego zboru coraz więcej
osób uzależnionych. Jeden z członków zboru założył „Klub
Nadzieja”, gdzie zaczął regularnie spotykać się z tymi
ludźmi. Dołączyłem do nich i pomagam do dzisiaj w tej
służbie, co sprawia mi ogromną radość. Na naszych
tygodniowych spotkaniach często opowiadam o tym, jak Bóg
zmienił moje serce. Wielu ludzi znajduje nową nadzieję dla
swojego życia. Organizujemy także raz w tygodniu spotkanie
w więzieniu. Tamci ludzie są mi niezwykle bliscy, bo wiem,
że o mało co sam znalazłbym się za kratami…
Wszędzie, gdzie byłem, rozmawiałem o Bogu i o tym, co Jezus dla mnie uczynił. Ludzie, którzy
mnie znali z dawnych czasów, myśleli, że mi odbiło, ale ja wiedziałem, że w końcu znalazłem
prawdę, ponieważ pustka w moim sercu była wypełniona i moja miłość do ludzi szczera. Życie
nabrało sensu i kolorów. Odeszły nienawiść, gorycz, mściwość, gniew i pożądliwość, a w miejsce
pustki pojawiła się miłość i współczucie.
Przestałem oglądać w telewizji drastyczne sceny i „ostre” filmy. Wulgarne słowa nagle zaczęły
ranić moje uszy, a przemoc doprowadzała mnie do łez. Kiedyś wychodziłem na ulicę tylko po to,
aby kogoś pobić – teraz chodzę po mieście i z radością mówię
ludziom, jak wielki i miłosierny jest Bóg. Kiedyś szastałem
skradzionymi pieniędzmi na lewo i prawo – teraz pracuję w
hucie, uczciwie zarabiając na życie. Kiedyś nie uznawałem
starszych ludzi – teraz z wielką przyjemnością ustępuję im
miejsca w autobusie lub pomagam w czymś. Kiedyś
nienawidziłem słabych i chorych – teraz modlę się o nich.
Kiedyś byłem człowiekiem namawiającym innych do picia i
złych rzeczy – teraz pomagam ludziom zrozumieć, co to jest
grzech i jak można wyjść z nałogu. Kiedyś omijałem policję
szerokim łukiem – teraz
razem z byłym policjantem
głoszę Ewangelię o Jezusie.
Kiedyś bałem się więzienia
–
teraz
odwiedzam
skazanych w zakładach karnych i pokazuję im, że jest nadzieja
również dla nich. Kiedyś zawsze brakowało mi pieniędzy –
teraz starcza mi na wszystko i jeszcze zostaje, ponieważ
potrafię cieszyć się tym, co mam i za wszystko dziękować
Bogu.
Całe moje spojrzenie na życie i rodzinę powoli się zmieniło. Czytając Biblię, dostrzegałem, jak
wielkie błędy i zaniedbania popełniłem w stosunku do żony, córki i innych członków rodziny.
Zrozumiałem, jaka powinna być rola męża i ojca. Zacząłem starać się naprawić błędy, prosząc
Boga o pomoc i prowadzenie w tej dziedzinie. Relacja z córką poprawiła się jako pierwsza.
Wiedziałem, że Kamila planuje wyjazd do Irlandii i chciałem się przedtem z nią spotkać. Kiedyś
kupiłem jej komputer, który teraz już nie był jej potrzebny, dlatego poprosiłem ją, żeby mi go
zostawiła. Jej odpowiedź bardzo mnie zabolała: Dam go mamie, przecież tobie niczego nie muszę
dawać, bo nic ci nie jestem winna! Wiem, że zawiniłem, lecz nie mogłem cofnąć czasu, tylko prosić
ją, żeby mi wybaczyła. Tego wieczora, do głębi załamany, poszedłem do domu, płakałem przed
Bogiem i prosiłem Go, żebym mógł pogodzić się z Kamilą zanim opuści Polskę. Dwa dni przed
terminem odlotu zadzwoniłem do niej, nie miała jednak czasu, ale powiedziała, że mogę przyjść w
dzień wyjazdu pożegnać się z nią. Prosiłem ją, żeby mi zostawiła chociaż swoje zdjęcie, a ona: Po
co ci zdjęcie? Miałeś mnie od dziecka, ale nie chciałeś mnie. Teraz jest za późno. Cała sytuacja
wyglądała na beznadziejną. Prosiłem przyjaciół ze zboru o modlitwę w tej sprawie i wiedziałem, że
dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Dwa dni później zaraz rano poszedłem do niej. Wieczorem
miała wyjechać. Ku mojemu zaskoczeniu Kamila dała mi komputer i powiedziała, że jest w nim
niespodzianka. Kiedy w domu włączyłem komputer, znalazłem mnóstwo jej zdjęć oraz list, w
którym napisała, że mi wybaczyła. Łzy leciały mi z oczu i dziękowałem Bogu za to, co się stało. On
uczynił jeszcze jeden cud: udało mi się wieczorem odwieźć Kamilę na lotnisko, choć wydawało się
to wcześniej niemożliwe. Mogłem ją pożegnać, przytulić i powiedzieć, że ją kocham. Kamila
odpowiedziała, że też mnie kocha. Nie potrafię opisać, ile to dla mnie znaczyło. Mimo że przez tyle
lat nie umiałem być dla niej ojcem, teraz dzięki Bożej łasce i miłości nasza relacja jest bardzo
dobra. Po dwuletnim pobycie w Irlandii Kamila wróciła do Polski. Mamy stały kontakt, spotykamy
się i jeździmy razem na wycieczki rowerowe, kiedy tylko nadarza się okazja. W ciągu ostatnich lat
Kamila zaczęła mi na nowo ufać i zwraca się do mnie z prośbą o pomoc i poradę, co sprawia mi
wielką radość.
Widzę wyraźnie, że jest na świecie Ktoś, kto mnie kocha i Komu na mnie bardzo zależy. Ktoś, kto
przytulił mnie do swego serca i podał pomocną dłoń, gdy wszyscy już we mnie zwątpili. Tym Kimś
jest Jezus Chrystus. To On dał mi nowe życie i uczynił ze mnie innego człowieka. Dał mi poznać,
czym jest radość i prawdziwa miłość. Dzięki znajomości Biblii potrafię teraz rozróżnić, co jest
dobre, a co złe, i podjąć właściwe decyzje. Kiedyś wydawało mi się, że wolność polega na tym, że
mogę pić, bawić się i korzystać z życia bez miary. Dziś wiem, że prawdziwa wolność oznacza, że
wszystko mi wolno, ale nie dam się niczemu i nikomu zniewolić.
Z twardego głazu Bóg przemienił moje serce w miłujące,
współczujące i potrafiące kochać. To wspaniałe uczucie móc kochać
innych, a nie tylko siebie. Wiem, że każdy ma taką szansę jak ja,
gdyż Bóg nie ma względu na osobę. Dla Niego nie ma ludzi
nieudolnych lub straconych. Jezus umarł za każdego, kto uzna Go
za swojego Pana i Zbawiciela. On kocha grzesznika i wyciąga do
niego Swoją dłoń, wystarczy tylko przyjść i uchwycić się jej. Jezus
Chrystus chce nas całkowicie oczyścić i uwolnić od cierpienia
spowodowanego naszym grzechem. Jeśli dziś czytasz tę historię, oznacza to, że i do twojego
serca puka Bóg, aby dać ci to, czego szukasz. On czeka tylko na twoją odpowiedź, więc nie
zatwardzaj swego serca, jak jeden z łotrów na krzyżu. Ja skorzystałem z Bożego przebaczenia i
stałem się Jego dzieckiem. Siedmiu z moich kolegów zapiło się na
śmierć, trzech zostało zabitych, większość siedzi w więzieniu... A ja
żyję! Może tylko dlatego, żeby ci opowiedzieć, jak wielki i wspaniały
jest Bóg. Jeśli On nie jest jeszcze twoim Panem, możesz uklęknąć
tam, gdzie jesteś i poprosić Go, aby zamieszkał w twoim sercu i
uczynił cię Swoim dzieckiem. Skoro darował łotrowi na krzyżu życie
wieczne i skoro przebaczył moje grzechy, chce to uczynić również dla
ciebie i otrzeć wszelką twoją łzę... Zaufaj Mu, powierz Jemu swoje
życie, a On wszystko dobrze uczyni. Skorzystaj z czasu łaski! Dopóki
żyjemy, jest możliwość, aby zawołać do Jezusa, jednak nikt z nas nie
wie, kiedy ten czas się skończy, dlatego warto już teraz zwrócić się do
Niego, zanim będzie za późno.
Jezus powiedział: Oto stoję u drzwi i kołaczę; jeśli ktoś usłyszy głos mój i otworzy drzwi, wstąpię
do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze mną (Obj. 3:20).
Albowiem tak Bóg umiłował świat, że Syna swego jedynego dał, aby każdy, kto w niego wierzy, nie
zginął, ale miał życie wieczne. Bo nie posłał Bóg Syna na świat, aby sądził świat, lecz aby świat był
przez niego zbawiony (Ew. Jana 3:16-17).
Jeśli więc Syn was wyswobodzi, prawdziwie wolnymi będziecie (Ew. Jana 8:36).
Niech ci błogosławi Pan i niechaj cię strzeże; niech rozjaśni Pan oblicze swoje nad tobą i niech ci
miłościw będzie; niech obróci Pan twarz swoją ku tobie i niech ci da pokój (4 Moj. 6:24-26).
Praktyczna pomoc:
Jeśli masz problem z uzależnieniem i chcesz z tego wyjść, możesz się z nami skontaktować. Co
tydzień odbywają się spotkania „Klubu Nadzieja” dla uzależnionych (we wtorki o godz. 18.00 w
Dąbrowie Górniczej, ul. Łukasińskiego 7). Poza tym organizujemy wyjazdy do Wisły i Ustronia na
„Dni Upamiętania”. Więcej informacji znajdziesz tu: www.klubnadzieja.org.
Niesiemy też pomoc rodzinom w kryzysie. Stowarzyszenie „Nowa Nadzieja” organizuje spotkania
dla rodziców i dzieci znajdujących się w trudnej sytuacji społecznej, mieszkaniowej i finansowej.
Kontakt: adam.s45@wp.pl / tel. 606 228 986
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz