Moje świadectwo
Anna Adamkiewicz
Czy mieliście kiedyś takie dni, kiedy wydawało wam się, że niby macie wszystko, co potrzeba do szczęścia, ale jednak nie czuliście się szczęśliwi, jak gdyby czegoś jeszcze brakowało?
Uczucie jakiejś nie do opisania pustki, wypełniało mnie chyba odkąd zaczęłam studia. Zawsze jednak odrzucałam jakiekolwiek myśli o Bogu, wręcz byłam do Niego nastawiona negatywnie. Kilka lat później znów zainteresowałam się tą „pustką” i zaczęłam poszukiwać duchowej drogi, która by mi odpowiadała. Czytałam o różnych religiach i zastanawiałam się kiedy poczuję, że to jest to. Słowo „modlitwa” raziła mnie nawet w poczytnych książkach filozoficznych, a Kościół to było dla mnie miejsce, gdzie nie czułam obecności Boga, automatycznie Go odrzucając.
Każdy z nas jednak potrzebuje czegoś więcej w życiu, niż jednostajnej drogi i w pewnym momencie szuka tego czegoś, czego mu brakuje i nie potrafi tego zidentyfikować. Opowiem jak znalazłam to, czego tak naprawdę poszukiwałam przez wiele lat. A szukałam tego, nie tam gdzie powinnam.
Bóg postawił na mojej drodze kogoś, kto kochał Go całym sercem i kiedy opowiadał mi o prawdziwym Bogu, gdy mówił fragmenty z Pisma Świętego, kilkakrotnie łzy spływały mi po policzku, a ja nie potrafiłam ich powstrzymać. Było to niesamowite przeżycie i z perspektywy czasu widzę jak potrzebne i „ratujące”. Podobało mi się jak opowiadał o „swoim” Bogu, jak Go opisywał i jak dobrze Go znał. Jakby opowiadał o swoim bliskim – o swoim przyjacielu. To, że Jezus mnie kocha docierało w najgłębsze zakątki mojej duszy. Słyszałam o tym, że Pan Jezus umarł za nasze grzechy, że wystarczy, że przyjdziemy do Niego i że nie potrzebujemy żadnych pośredników, że On jest Drogą, Prawdą i Życiem i że kocha każdego z nas. Mówił jeszcze wiele innych słów, których nigdy wcześniej nie słyszałam. Dowiedziałam się też, że wszyscy jesteśmy dla Niego równi. Słowa te brzmiały tak uspokajająco i tak prawdziwie, że dotykały mojej duszy.
Mieliśmy wiele takich spotkań i za każdym razem reakcja była taka sama. Zaczęło mnie to zastanawiać. Kupiłam Pismo Święte i czytałam je, ale na początku nie rozumiałam wiele z tego, co czytałam. Poznawałam Pana Jezusa coraz bardziej. Jakby krok po kroku, coraz więcej się przede mną otwierało. Długo modliłam się do Pana, ale jeszcze wtedy nie podjęłam żadnych decyzji w swoim życiu, nie przyjęłam Pana jako mojego Zbawiciela. Nie rozumiałam, co to oznacza i jak tego dokonać.
Różne sytuacje działy się w moim życiu i najbardziej niesamowitym momentem było dla mnie obejrzenie filmu „Pasja” Mela Gibsona. Widziałam już ten film w kinie, ale wtedy nie wywarł na mnie takiego wrażenia jak tamtego wieczoru. Ani jedna łza mi wtedy nie leciała po policzku. Oglądając film drugi raz, mając już pojęcie tego Kim jest Jezus, tego, co dokonał i przede wszystkim, że mnie kocha… całkiem odmiennie odebrałam ten film. Jakbym nagle wszystko rozumiała. Gdy patrzyłam na cierpienie Jezusa, Jego miłość, poświęcenie, śmierć z wyboru i to jak Go ludzie opluwali i szydzili z Niego, jak było Mu ciężko niosąc krzyż i jak przybijają gwoździe do jego rąk i nóg miażdżąc Jego kości – nie potrafiłam opanować łez. Nie potrafiłam opanować żalu i niezrozumienia z powodu braku nawet jednej łzy za pierwszym razem, gdy go oglądałam. Nie potrafiłam sobie wybaczyć i mimo, że wydawało mi się, że byłam od zawsze dobrą dziewczyną, dopiero do mnie docierało jakie miałam zatwardziałe i puste serce. Coś we mnie pękło tego wieczoru i chyba nigdy nie płakałam aż tak bardzo w swoim życiu. Każde spojrzenie na Jezusa na krzyżu pokazywało mi, jak bardzo potrzeba mi zbawienia i jak bardzo przyczyniłam się swoimi grzechami do tego, że Jezus został przybity do krzyża. Tak bardzo prosiłam Go o przebaczenie, że kiedy zamykałam oczy widziałam Jego rękę wyciągniętą w moją stronę i mnie biegnącą do Niego jak mała dziewczynka. Ten widok doprowadzał mnie do jeszcze większego płaczu, gdyż nie wydawało mi się, abym zasługiwała na Jego łaskę. Przyjęłam ją jednak i od tamtego dnia moje życie zaczęło się zmieniać. Kiedy zdecydowałam się na rozmowę z Panem prosząc Go o przebaczenie, moje życie zaczęło się zmieniać. Dostrzegłam to, co tak usilnie odrzucałam przez całe życie. To co się działo potem nie było jak z bajki, ale wiem z perspektywy czasu, że to właśnie Bóg mnie prowadził.
Ci, którzy mnie znają wiedzą już jak trudne zmiany zaszły w moim życiu w zeszłym roku i jak wiele w tym świecie straciłam (ciekawą pracę, mieszkanie, stabilizację, podróż życia, a przede wszystkim swoją niezależność) - wszystko, co dodawało mi pewności siebie. Wierzenie, że mogę wszystko sama, powoli przeradzało się w gruzy. Ale kiedy to wszystko straciłam zeszłego lata dzięki swoim wyborom, nie pozostało już nic innego, jak tylko chwycić się Pana, bowiem nie potrafiłam sama otrząsnąć się z tych przeżyć. I Pan właśnie wtedy pomógł mi najbardziej! W najbardziej nieoczekiwanym momencie, kiedy miałam wrażenie, że nie jestem w stanie zbudować już nic sama w swoim życiu, Pan mi pomógł! W sposób niesamowity! Pomógł mi trafić do Kościoła, gdzie ludzie są serdeczni, mili i gdzie pomagają sobie nawzajem. Gdzie jest atmosfera ciepła, życzliwości i przyjaźni. Oni wszyscy pomogli mi uchwycić się mocno Pana i popatrzeć na to, co się działo z zupełnie innej perspektywy – perspektywy wieczności. 28 lutego tego roku przyjęłam chrzest przez zanurzenie we Wrocławiu. I to był najpiękniejszy dzień w moim życiu! Teraz moim marzeniem jest pewnego dnia uścisnąć choćby rękę Pana Jezusa i powiedzieć mu jak bardzo mu dziękuję za to, co dla mnie zrobił!
Chciałabym życzyć wszystkim, którzy mieli okazję przeczytać moje świadectwo, jak i sobie wytrwałości w używaniu Słowa Bożego w życiu, radości z tego, co dzięki Jezusowi jest nam dostępne i Jego wszechogarniającej miłości, która rozświetla każdą drogę i sprawia, że problemy stają się malutkie i do przezwyciężenia. Wystarczy tylko zaufać Jezusowi! Wybór zawsze należy do nas!
Z Bogiem,
Ania
poniedziałek, 24 maja 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz